Początki osadnictwa w Palestynie

Oderwani od kraju, zaaklimatyzowaliśmy się na ziemi sosen, śniegu i golusu* – fizycznie i moralnie. Eksperyment związania  dwóch końców nici, zerwanej dwa tysiące lat temu – to rzecz trudna:  uda się, bo zażądała tak historia, ale ile wysiłku i cierpień.

Janusz Korczak

 

* golus (jidysz), a po hebrajsku galut. Dosłownie wygnanie. Tym terminem nazywa się żydowskie życie w diasporze poza Ziemią Izraela (Erec Israel).

 

Liczyła się determinacja, upartość i wręcz niewiarygodna chęć życia. Tylko te cechy gwarantowały przetrwanie w Palestynie XIX wieku. Jednak w trudnych początkach osadnictwa nawet one nie gwarantowały sukcesu. Teren nieprzyjazny, klimat dla europejczyka męczący,  a wszystkie zdolności, które pozwalały na szybki rozwój gdzie indziej, tutaj okazywały się zbyteczne, lub mało wystarczające. Natura wygrywała przeganiając lub uśmiercając kolejnych marzycieli. Taka właśnie historia jest związana z Petach-Tikwa (hebr. Brama Nadziei). Jednej  z pierwszych koloni, które próbowano założyć na pustynnych wzgórzach.

Pierwszy raz przybyli tutaj osadnicy w 1878 roku, jeszcze przed pierwszą masową imigracją (aliją). Pionierzy nie wytrzymali jednak długo, po kilkunastu miesiącach pozostały  po nich jedynie mogiły.  Malaria i inne egzotyczne choroby zwyciężyły. Nawet Arabowie zbytnio nie przeciwstawiali się nowym przybyszom. Zapewne wiedzieli, że malaryczne bagna zrobią swoje. Druga próba ujarzmienia tego terenu nastąpiła w dwa lata później. Tym razem przybyło ich więcej, dlatego oprócz zmagań ze środowiskiem należało podjąć walkę z okoliczną ludnością, która tym razem nie zamierzała czekać z założonymi rękami. W dzień osuszano bagna, w nocy stróżowano, pilnując aby nikt nie zbliżył się do Bramy Nadziei. Umierały najpierw dzieci, potem kobiety a na końcu mężczyźni. Po kilku latach nie pozostał nikt. Kiedy pogromy w Rosji wyrzuciły na te tereny nowych przybyszów, znaleźli się kolejni chętni. Petach-Tikwę zamierzano wznieść po raz trzeci. Kopano rowy i sadzono eukaliptusy wyciągające wilgoć z ziemi. Dzieci dalej umierały, ale tym razem Żydzi okazali się wytrwalsi, mocniejsi i nie dali za wygraną. Z biegiem czasu, bagna odsuwały się coraz dalej, a jedynym zagrożeniem pozostali Arabowie.

Petach-Tikwa kwitła w oczach. U jednych wywołując radość, u drugich złość. W niecałe dwadzieścia lat później Petach-Tikwa przynosiła już zyski. Początkowo próbowano uprawiać zboże, jednak grunt okazał się zbyt piaszczysty. Zdecydowano się więc na pomarańcze, które okazały się idealnym pomysłem. W 1904 roku uzyskano 24 tysiące skrzyń tych owoców, sprzedano je za łączną kwotę 94 tys. franków. W roku następnym przychód wynosił już 125 tys. franków.  Największymi odbiorcami pomarańcz były Liverpool i Konstantynopol.

Prócz owoców, zajmowano się również uprawą drzew migdałowych, oliwnych i trzciny cukrowej. Eksperyment z bawełną również okazał się trafiony wobec czego, również uprawa tej rośliny, zaczęła przynosić zyski. W 1906 r. ludność kolonii osiągnęła 1240 dusz i ciągle wykazywała tendencję rosnącą w skutek szybkiego rozwoju . Jest sprawą oczywistą, że losy tej, oraz innych kolonii nie zakończyłyby się szczęśliwie gdyby nie olbrzymi nakład kapitału

Jednym z największych sponsorów akcji kolonizacyjnej w tamtym okresie był Baron Edmund de Rotschild. Francuski magnat pochodzący z zacnego rodu bankierów. Rothschild założył PICA (The Palestine Jewish Colonization Association). Jego wsparcie osadnictwa w Palestynie szacuje się na kilkadziesiąt milionów dolarów. Wiele milionów zainwestował również w rozwój Palestyńskiego przemysłu. Petach-Tikwa, kolonia, której początki pochłonęły wiele istnień, w krótkim czasie przodowała pod względem wydajności. Również jej wygląd zewnętrzny pozostawał wzorem dla innych kolonii:  „Wielkie  ogrody,  pełne niskich rozłożystych drzew. Na tle ciemno-zielonych liści złocą się ogromne owoce,  obok  których  lśni się biały kwiat owocu przyszłego. – Silny zapach kwiatu pomarańczowego odurza przechodnia!

Otoczone są te ogrody płotami kwitnącej mimozy lub kaktusów, a ponad tymi rozłożystymi niskimi drzewami wznoszą się smukłe cyprysy lub grupy palm daktylowych. Tyle tam zieleni i obfitości!”.

Pamiętajmy, że jest to opis kolonii, na miejscu której jeszcze nie tak dawno królowały bagienne moczary i zabójcze choroby. Budowanie od zera, wznoszenie ogrodów, budynków, czy całych osad na obszarach pustynnych lub bagiennych było charakterystyczne dla żydowskiej kolonizacji. Wynikało to z faktu, iż tereny takie łatwiej było nabyć. Ludność arabska osiedliła się na bardziej przyjaznych człowiekowi terenach, wobec czego budowanie w skrajnie nieprzyjaznych warunkach gwarantowało - oprócz niskiej ceny – spokój i bezpieczeństwo.

W miarę jak w Palestynie rosła popularność osadnictwa, powstawały instytucje, które zajmowały się organizacją całej akcji kolonizacyjnej. Już w 1901 roku na Kongresie Syjonistycznym w Bazylei powołano do życia „Keren Kajemet Le-Israel” – Żydowski Fundusz Narodowy. Jego zadaniem był wykup ziemi dla celów osadniczych. Oprócz tego  fundusz prowadził akcję zalesiania nabytych gruntów celem ich rekultywacji. Środki na rzecz funduszu zbierano na całym świecie w postaci dobrowolnych składek i darowizn.

W Polsce organizacja działała w latach 1919-1939, oraz po wojnie w latach 1946-1950.  Pomocą bezpośrednią dla imigrantów zajmował się, utworzony w 1920 roku, „Keren Ha-jesod”. Dostarczał osadnikom narzędzi i inwentarza. Tworzył szkolnictwo, opiekę społeczną i zdrowotną, a także pomagał zakładać organizacje młodzieżowe i paramilitarne. W Polsce działał w latach 1922-1939 oraz po wojnie w latach 1947-1950 .

Wobec wysokich kosztów podróży i osiedlenia się w Palestynie, osadnictwo bez pomocy wyżej wymienionych instytucji graniczyło z niemożliwością. Oczywiście powodzenie akcji zależało od składek i zbiórek - czyli od wszystkich Żydów, zarówno amerykańskich jak i europejskich. Keren Kajemet na różne sposoby próbował pozyskać kapitał na wykup ziemi.  W Krakowie lokalny oddział Keren Kajemet zajmował się sprzedażą znaczków, telegramów, a także drzewek. Dochody czerpano również z organizacji różnych akcji dorocznych czy imprez. Popularnym sposobem wsparcia idei syjonistycznej okazała się niebieska metalowa puszka Keren Kajemet. Puszka taka znajdowała się w prawie każdym żydowskim domu  w międzywojennej Polsce. Dzięki temu pomoc osadnikom mogli okazać również ci, którzy nie zamierzali osiedlać się w Palestynie.

Pomoc była potrzebna bo urządzenie osadnika w szczerym polu kosztowało sporo. Dlatego do akcji wspierania osadnictwa zamierzał się również włączyć Żydowski Związek Stowarzyszeń Humanitarnych B’nei B’rith.

Krakowska Loża B’nei B’rith wyszła z propozycją wspólnej akcji wszystkich Lóż w Polsce celem nabycia ziemi w Palestynie i osiedlenia tam żydowskich pionierów. Samą akcję osiedlania zamierzano przeprowadzić na wzór The Palestine Jewish Colonization Association, wspomnianą – PICA, założoną przez Barona Rotschilda.

W jaki sposób działała PICA? „Mianowicie PICA przydziela koloniście żonatemu, który składa do jej rąk 800 funtów, 35 dunamów (1 dunam=10 arów) ziemi, z tego 20 dunamów na uprawę pomarańcz, 12 dunamów na uprawę jarzyn, kartofli, zboża itp. 3 dunamy na budynki, następnie sama przeprowadza budowę domu mieszkalnego i wszelkich innych do gospodarstwa potrzebnych budynków, pomaga koloniście przy założeniu gospodarstwa i przyczynia się przez pierwsze 5 lat pewnemi kwotami miesięcznymi do utrzymania rodziny. Po upływie 5 – 6 lat , kolonista zaczyna spłacać włożone przez pikę pieniądze wraz z małemi odsetkami, a wynosi to między 500 a 800 funtów. Jeżeli zważymy, że jeden dunam pardesu [sadu] przedstawia wartość około 150 funtów, to widzimy, że przez podobną kolonizację powiększa się kilkakrotnie majątek kolonisty, zaś Pika, która przez pierwsze 5 lat pieniądze wykłada, dostaje je z odsetkami z powrotem.”

Pozostałe części tego dokumentu znajdziecie na Youtube.


Dzięki takiemu systemowi korzystali zarówno osadnicy, których nie było stać na pokrycie powyższych kosztów. Zyskiwała również instytucja zajmująca się organizacją kolonizacji  ( w tym wypadku PICA). Dzięki temu, że zainwestowane sumy w każdego osadnika zwracały się z nadwyżką, mogła rozwijać swoją działalność. Kolonizacja z pomocą Związku Lóż Polskich przebiegałaby w podobny sposób.

Emigrant wpłacałby niespełna połowę sumy, tj. około 400 funtów, zaś kolejne 550 funtów potrzebne na budowę gospodarstwa i jego utrzymanie przez pierwsze pięć lat finansowała by B’nei B’rith. Każdy kolonista otrzymałby 20 dunamów ziemi, czyli tyle, ile mógłby uprawiać przy pomocy rodziny. Z tego 10 dunamów przeznacza się na ogród pomarańczowy (pardes), 7 na jarzyny, ziemniaki itp., 3 na budynki i drogi. Koszt założenia i utrzymania takiego gospodarstwa przez pięć lat według obliczeń Loży to 950 funtów.

Mateusz Sroka

 

eBook na tablety i smartfony dostępny tutaj.

Wersja PDF tutaj.

 

Źródła:

- Archiwum Państwowe w Krakowie

- A. Cała, H. Węgrzynek, G. Zalewska, Historia i kultura Żydów polskich. Słownik, Warszawa 2000

- K. Pruszyński, Palestyna po raz trzeci, Warszawa 1996

- Moriah. Misięcznik młodzieży żydowskiej, Lwów 1909, nr. 2-3

Share/Save/Bookmark

Przedyskutuj to na forum. (2 posts)
Yom Chamishi, 30 Shevat 5772

Naszą witrynę przegląda teraz 197 gości i 8 użytkowników 

 

RSS

 

Jerozolima ירושלים

Przelicznik walut

Kwota:
Z:
Na: