Ben-Dror Jemini: Opowieść w wykonaniu dziennika Haarec

 

Raz za razem dziennik „Haarec" przekracza wszelkie niedopuszczalne granice i niby „krytykując” politykę rządu, zamienia Państwo Izrael w potwora na ziemi. W ten sposób Jossi Sarid stał się sobowtórem Gideona Lewiego.

O nagonce na Jaira Lapida, pustych rozmowach w Ammanie i szkodach impasu politycznego

Każdy, kto zajmuje się powielaniem oskarżeń Izraela o rasizm, apartheid, o łamanie praw człowieka, o zbrodnie przeciwko ludzkości, ma już odpowiedź: ale przecież czytaliśmy o tym w gazecie „Haarec”.  To jest przecież ten dowód, świadectwo "z wewnątrz", które jednoznacznie wskazuje na kryminalne działania Państwa Izrael. Niezmienna odpowiedź niżej podpisanego to: „gdybym musiał wybrać między państwem bez tej gazety a państwem z tą gazetą, to wybrałbym druga opcję i jestem dumny z życia w kraju demokratycznym, w którym wolność wypowiedzi pozwala również na kłamstwa i oczernianie”.

Krytyka jest świeżym oddechem demokracji, ale nie zwalnia nas z próby ustalenia granicy między uzasadnioną krytyką, a systematyczną nagonką opartą na rozpowszechnianiu kłamstw przeciwko istnieniu jednego państwa, aż do stworzenia z niego potwora "między narodami". „Haarec” próbuje przedstawiać się jako bastion demokracji, więc należy ciągle powtarzać: jest czerwona linia, która przebiega między krytyką a nagonką. „Haarec” nie jest wyłącznym źródłem przemysłu kłamstw, ale ma ważny udział w tworzeniu fałszywego obrazu Izraela. Krytyka projektu osiedlania, polityki, blokady Gazy itd., itd. – to krytyka uzasadniona. Problem leży w nieustającej sieci kłamstw.

W „Haarec” są również poważne artykuły i dobrzy dziennikarze, są doskonałe dodatki kulturalne i literackie, tylko że giną wśród wielkiej ilości nagłówków, reportaży, głównych artykułów i opinii, które systematycznie tworzą obraz potwora - zwanego Izraelem.  Kiedy mowa jest o faktach – krytyka jest nie tylko  usprawiedliwiona, jest też pożądana, tylko nie taką się zajmuję. Problem leży w naginaniu.  W tygodniu, w którym szofer autobusu przeklinał etiopskie dziewczęta a mufti jerozolimski wystąpił w oficjalnym kanale telewizyjnym i mówił o nakazie zabijania Żydów – „Haarec” wybrał pisanie o szoferze. To jest oczywiście w porządku, ale czytelnicy „Haarec” w kraju i zagranicą nie przeczytali słowa o muftim.

Jeśli mowa byłaby o sprawie jednorazowej – niech będzie. Nie ma gazety, która się nie myli lub nie ma specyficznej polityki pt. „decyzje redakcyjne”. Gazety często rozdmuchują sprawę poboczną i pomijają sprawę główną. Tylko że w przypadku „Haarec” mowa jest o metodzie. Wszystko po to, żeby oczernić państwo Izrael. I nic, albo prawie nic, o Autonomii Palestyńskiej i o nagonce antysemickiej, która w niej święci triumfy. W rezultacie Izrael jest przedstawiony jako potwór. Autonomia natomiast jako naiwna owieczka.

Wolność wypowiedzi pozwala gazecie ogłosić wszystko, albo prawie wszystko. Jednak nie może mylić, nie daje ona zwolnienia od krytyki. W ostatnim tygodniu „Haarec” pobił własne rekordy. Dzień po dniu, nagłówek po nagłówku. Okazuje się, że nie ma żadnej potrzeby używania sprawy izraelsko-palestyńskiej, żeby namalować Izrael jako potwora. Można używać innych materiałów. Najważniejsze, żeby osiągnąć główny cel. Jeszcze wrócimy do niego.

 

Zachód się budzi

Demokracje budzą się powoli. Tak wolno, że się zdaje, że rządzą nimi łagodność i defetyzm. One zawsze mają nadzieję na lepsze. One wierzą w dobrą wolę. Kiedy dyktator, który stoi naprzeciw mówi im: jestem zły i podły i mam zamiar zlikwidować naród, państwo lub istnienie, one wzbraniają się by uwierzyć.  Mimo wszystko, coś się zmieniło w tym tygodniu. Przed kilkoma miesiącami nikt w Izraelu nie wierzył, że Europa nałoży sankcje naftowe na Iran. I proszę, w tym tygodniu to się stało. Może, kto wie, jest to pierwszy znak na rozbudzenie wielkich demokracji.

W ostatnich miesiącach prowadzony jest w Izraelu niekończący się spór między „zwariowanymi” a „rozsądnymi”. Meir Dagan stoi na czele obozu rozsądnych, którzy są przeciwko atakowi na Iran. Zanim rozpoczął swoją kampanię, społeczeństwo izraelskie, i jak widać światowe, nie wiedziało, że przywództwo izraelskie poważnie myśli o zaatakowaniu irańskich instalacji nuklearnych. Trzeba powiedzieć Daganowi: dziękuję - nie miał zamiaru, ale przyczynił się do ogólnego zastraszenia świata krajem, na którego czele stoją dwie osoby z palcem na cynglu.

Możliwe, że mowa jest o manewrze, o którym za parę niedługich lat będą uczyć w szkołach dyplomatycznych. Możliwe, że cały ten spór to przedstawienie. Dagan, być może, został posłany, żeby ostrzec świat przed tymi dwoma wariatami, Barakiem i Netanjahu. Oni przecież nie mogli powiedzieć „powstrzymajcie nas”, ale Daganowi, który prowadził kampanię przeciwko nim, udało się zrobić wrażenie, że są niebezpieczni. Jest jasne, że nawet jeśli Dagan chciałby ich przekląć, można go pobłogosławić. Zachód się obudził.

W rezultacie Netanjahu może sobie zaliczyć ważne osiągniecie strategiczne. Czy Dagan przeraził świat pozycją Netanjahu czy nie, Netanjahu powinien posłać Daganowi kwiaty.

 

Stagnacja jest zła dla Izraela

W Ammanie zakończyły się rozmowy między Izraelem a Palestyńczykami. To były puste rozmowy. Mimo osiągnięć w sprawie Iranu, Palestyńczycy uczą nas. Impas jest zapisany na konto Izraela przez upieranie się przy jeszcze jednej budowie, jeszcze jednej ekspansji, również poza linię demarkacyjną i przedstawia Izrael jako wojennego podżegacza. Nie jest ważne, że rządy Rabina, Peresa, Baraka, Szarona i Olmerta również kontynuowały projekt osiedlania także w okresie, kiedy prowadziły negocjacje. Nie ma znaczenia, że to Abu Mazen, a nie Izrael, sprzeciwia się każdej propozycji pokojowej. Ważne jest to, że zmieniły się warunki.

Palestyńczykom się udało. Zmienili kontynuację budowy na niezbity dowód, że Izrael jest oszustem, kiedy oświadcza, że pragnie pokoju.

Jest tylko jedna droga, żeby przekonać świat w ogóle i Zachód w szczególności, że Izrael chce pokoju: zamrozić budowę (przynajmniej poza istniejącymi już zabudowaniami i płotem granicznym) i zaproponować Palestyńczykom umowę opartą na planie Clintona. Jeśli się zgodzą – będzie to historyczna zmiana kierunku. Jeśli odmówią, jak odmawiali dotychczas – sytuacja polityczna Izraela będzie dużo lepsza. Netanjahu bliski jest temu bardziej, niż się nam wydaje, ale przedstawiany jest  światu jako sprzeciwiający się. Przyszedł czas, żeby zrobił samotny wypad. Jest prawdą, że to źle dla koalicji, ale to dobre dla Izraela.

I trzeba wspomnieć jeszcze o czymś: w czasie, to czemu sprzeciwia się Izrael dzisiaj, zamieni się w ograniczenie za parę miesięcy albo lat. Przed 20 laty Rakach (רק"ח) żądała „dwóch państw dla dwóch narodów”. Dzisiaj jest to stanowisko Netanjahu. Rakach już zrezygnowała z „dwóch narodów” i pozostała z dwoma państwami. Jeśli się uprzemy, jeśli będziemy kontynuować ekspansję osiedli poza linię demarkacyjną, nie będzie dwóch państw i nie będzie dwóch narodów. Będzie tutaj jedno państwo.

 

Lapid, koszerny i śmierdzący

W Stanach Zjednoczonych uzyskanie świadectwa absolwenta szkoły zależne jest również od osiągnięć nieakademickich. Skrajny formalizm opierania się tylko na stopniach jest ciągle aktualny w Izraelu. Z powodu ograniczenia wyrażeń i w ramach kolektywnej straty zdrowego rozsądku, zajęci jesteśmy stałą nagonką za „wyjątkiem od reguł”, żeby dowieść samym sobie, jak bardzo jesteśmy skorumpowani.

Według opublikowanych wiadomości, Lapid został przyjęty od razu na studia doktoranckie. Te wiadomości są błędne. Lapid otrzymał tytuł licencjata, studia ukończył z wyróżnieniem. Przyjęcie go na te studia jest oparte na jego osiągnięciu naukowym. I w ogóle, nawet jeśli mowa jest o „przyjęciu wyjątkowym”, trzeba rozszerzyć te wyjątkowość, trzeba zmienić ją w normę. Nazywa się to rozwagą. Na różnych uczelniach akademickich, włącznie z Uniwersytetem Telawiwskim, otworzono możliwości przyjęcia tym, którzy nie spełniają kryteriów. Na przykład: kandydaci na wydziały prestiżowe ze społeczności etiopskiej, których osiągnięcia były bliskie wymaganiom progowym. Udało się i powinno być to regułą.

Lapid, pozwolę sobie założyć, bije na głowę bardzo wielu absolwentów studiów magisterskich z przeciętną średnią do przyjęcia do doktoratu. Ci, którzy go przyjęli wiedzą to. Ci, którzy na niego polują, wiedzą to. Potrzebujemy jednak naszej stałej porcji narkotyku w ramach rzeczywistości „kraj zjada swoich mieszkańców”. Przecież my już przykleimy łatkę korupcji każdemu, kto zechce zając się polityką.

Lapid, można na nim polegać, da nam wszystkim poważne powody do krytykowania go. Wydaje się jednak, że w tym wypadku to nagonka na niego.

 

Meridor wymija z lewa

Minister Dan Meridor głosował w tym tygodniu w rządzie przeciwko przedłużeniu ważności prawa obywatelstwa, tego samego prawa, które Sąd Najwyższy zaaprobował 2 tygodnie temu. Załóżmy przez chwilę, że nie ma kraju, który pozwala na przekroczenie jego granic mieszkańcom lub obywatelom wrogiego państwa i załóżmy również, że prawa emigracyjne w Europie są dużo bardziej surowe niż w Izraelu. Dużo ważniejsze, że prawica stoi obojętnie wobec tego prawa. Przecież wg wizji Erec Israel HaSzlema (Wielkiego Izraela) i przeciwników separacji, to prawo niczego nie zmienia we wszystkim, co dotyczy Palestyńczyków.

Poparcie dla prawa przyszło głównie ze strony lewicy syjonistycznej i ze strony tych, którzy popierają dwa państwa dla dwóch narodów. Poparł to prawo były minister spraw wewnętrznych Ofir Pines i były minister sprawiedliwości Haim Ramon oraz uzasadniający je naukowcy identyfikujący się z syjonistyczną lewicą. Naprzeciw syjonistycznej lewicy zebrali się ludzie o wypaczonym spojrzeniu na dyskurs o prawach, partia Merec i lewica antysyjonistyczna. Stanowisko Meridora stawia go w trochę dziwnym miejscu. Meridor był i pozostał człowiekiem centrum, może i powinien wpływać na drogę Likudu. Jeśli stawia się z lewa od syjonistycznej lewicy w sprawie tak fundamentalnej, jego wpływ będzie zerowy. Przegrana będzie nie tylko Meridora. Przegrana będzie również Likudu i państwa. A gdzie był podczas głosowania Ehud Barak? Ehud uciekł (tu gra słów: barak barach). I razem z nim członkowie jego wirtualnej partii. Różnica między Meridorem a Barakiem: Meridor przynajmniej wykazał odwagę, nawet jak się myli  – Barak nie wykazał się nawet tym.

 

Oszczerstwa produkcji „Haarec”

Wróćmy do “Haarec”. Pojawiły się tam tydzień temu dwa nagłówki, dzień po dniu. Pierwszy, 18 stycznia, o zaniedbaniu Ministerstwa Absorpcji, że „pogrzebał wyniki” i „ocenzurował badanie, które znalazło zaniedbania” w sprawie mordowania kobiet etiopskich. Drugi, następnego dnia, oznajmił nam, że „państwo deportuje tysiące obywateli Wybrzeża Kości Słoniowej”.  Jeśli ktoś miał wątpliwości co do tego państwa –  ta "gazeta do spraw podburzania antyizraelskiego" zadaje sobie trud rozjaśnić ten obraz. W tym obrazie to państwo, które znęca się nad czarnymi, którzy mają być częścią kraju i nad czarnymi, którzy szukają azylu, a są deportowani.

Pierwszy nagłówek zajmował się badaniem dr. Szlomo Weila. Badanie, zamówione i finansowane przez Ministerstwo Absorpcji, rzeczywiście próbowało pokazać charakterystykę mordów w społeczności etiopskiej. W przeciwieństwie do sensacyjnego nagłówka, wyniki badania nie mówią o „zaniedbaniach”. Badanie ukazuje rząd wyników: wiek morderców (dostatecznie wysoki), małżeństwo w młodym wieku, dziedzictwo przemocy (co druga kobieta w Etiopii jest ofiarą przemocy w rodzinie) i również fakt, że większość mordów miało miejsce z rąk członków Falaszy Mura. Trzeba czytania wyjątkowo wrogo nastawionego, żeby dojść do wniosku, że mowa jest o „zaniedbaniu” Ministerstwa Absorpcji. Oprócz tego Ministerstwo Absorpcji rzeczywiście starało się ukryć te wyniki, ale nie przez złośliwość, ale z powodu ochrony prywatności i zapobieżeniu możliwej obrazy członków tego społeczeństwa. Jeśli chcemy być bardziej dokładni, większość morderców, 75%, to Falasze Mura, którzy stanowią 30% społeczności etiopskiej. I tak jest dużo napięcia między oryginalną grupą Beta Izrael a Falaszami Mura, którzy przybyli po nich. Część weteranów grupy Beta, mówiąc delikatnie, nie uznaje żydostwa nowych. Rodzaj stosunków między grupami wart jest osobnego artykułu. Zrozumiałe jest, że wyniki badań z tego powodu mogły ugodzić w kontynuację emigracji Falaszy Mura i również zwiększyć napięcie między obiema grupami. Znaczy to, że Ministerstwo Absorpcji nie miało złośliwych zamiarów, ale było wręcz odwrotnie do tego, co pisał "Haarec". Ponieważ przybywanie Falaszy Mura do Izraela jest w ogóle kontrowersyjne, a mimo to Izrael dalej pozwala na ich emigrację. Może jest to poddanie się naciskom i może jest głupotą, ale to na pewno nie jest świadectwem rasizmu. Do momentu, gdy nie sięgniesz po „Haarec". On już zamieni Izrael w państwo rasistowskie.

Nawiasem mówiąc, „Haarec” twierdził, że „są to wyniki ujawnione tutaj po raz pierwszy”, ale wszystko było opublikowane kilka miesięcy temu.  Mamy tu jeszcze jeden dowód na plugastwo tej gazety.

 

„Wydalenie” którego nie było

Druga wiadomość zajmuje się rzekomym „wydaleniem” tysięcy obywateli Wybrzeża Kości Słoniowej, chociaż „ONZ jeszcze nie stwierdziła, czy Wybrzeże Kości Słoniowej stało się miejscem bezpiecznym”. W rzeczywistości komisja ONZ sama pomogła w powrocie 80 tys. uchodźców do tego państwa. Jeśli ONZ pomaga w powrocie dziesiątek tysięcy, również te dwa tysiące znajdujące się w Izraelu, oprócz paru pojedynczych, mogą tam powrócić. „Haarec” dodaje do fikcji nadużycie i twierdzi, że państwo dało obywatelom Wybrzeża Kości Słoniowej tylko miesiąc na opuszczenie kraju. Kłamstwo. Uchodźcy dostali pisemne zawiadomienia o przewidywanym terminie wyjazdu i kopia takiego zawiadomienia jest w ręku niżej podpisanego już od maja ubiegłego roku.

Zadaniem gazety jest krytykować działalność rządu. Ale kiedy działania absolutnie rozsądne Ministerstwa Absorpcji lub Biura Populacji zamieniają się w nikczemne potwarze, nie ma wtedy mowy o dziennikarstwie. Jest mowa o podżeganiu. Mowa jest o głównych tytułach, dzień po dniu i  to sprawia, że Izrael ma problem. Ponieważ mówimy o najbardziej poczytnej zagranicą gazecie izraelskiej. Tylko tydzień wcześniej zamieściła ta gazeta artykuł redakcyjny pt.  „W drodze do apartheidu” w związku z potwierdzeniem ważności prawa do obywatelstwa, mimo że prawa naturalizacji w większości państw Europy są dużo bardziej ostre. Rezultat jest jasny. Jeszcze jeden nagłówek i jeszcze jeden artykuł. Odnosi się wrażenie, że to nie kraj, tylko potwór.

 

Sobowtór Gideona Lewiego

Ostatnio oświadczono w imieniu premiera, że widzi on w gazecie „Haarec” i „New York Times” wrogów. Netanjahu natychmiast zaprzeczył. Gideon Lewi i Jossi Sarid ogłosili swoje oburzenie przeciwko Netanjahu i wychwalali „Haarec”.  Nie ma co tracić czas na opisywanie wkładu Gideona Lewiego w przemysł kłamstw. Już się tym zajmowaliśmy. Sarid to inna bajka. Kiedyś, przed laty, Sarid był człowiekiem lewicy syjonistycznej, zrównoważonym, ważnym i poważnym. Coś mu się stało w ostatnich latach. Stał się sobowtórem Gideona Lewiego. W odpowiedzi na rzeczy, które wątpliwe czy powiedział Netanyahu, Sarid napisał, że cieszy się z bycia w jednej łodzi z dziennikarzem Rogerem Cohenem z dziennika „New York Times”.  Cohen? A więc, jak wielu jego rodzaju, deklaruje ów Cohen jego poparcie dla pokoju i dwóch państw i zdaje mu się, że to nadaje mu prawo do publikowania każdej marności i kłamstwa. Na przykład o tym, że „Izrael morduje dzieci palestyńskie”. On i jemu podobni robią to oczywiście z miłości do Izraela. Jak mężowie, którzy miażdżą swoje żony pięściami. Z miłości oczywiście.

Walczymy, kontynuował Sarid, „o inny Izrael, który nie jest okupantem”. Interesujące. Rząd w którym siedział Sarid zaproponował Palestyńczykom plan-marzenie. Palestyńczycy odmówili. Okupacja więc była kontynuowana, ale nie z powodu Izraela, tylko z powodu odmowy Palestyńczyków rządowi Barak-Sarid i propozycjom Clintona. Sarid więc cierpi na ciężkie zniekształcenie pamięci przeżyć.  Według tradycji haarecowskiej przekręca historię, również tą, z którą jest związany, żeby zaatakować i oczernić, a głównie stworzyć „Izrael-okupanta”. I w ogóle, Sarid zasiadał w rządzie, który nasilił budowę osiedli i uderzył w Palestyńczyków, zarówno w ocenie relatywnej jak i bezwzględnej, w ramach walki z terroryzmem, bardziej niż rząd Netanjahu. Nawet Abu Mazen oświadczył w rozmowie z „Washington Post”, że w ostatnich latach sytuacja Palestyńczyków jest dużo lepsza. Więc przeciw komu on protestuje? I dalej kontynuował o swoim życzeniu i „Izraelu, który nie poluje na mniejszości, nie jest rasistowski”. Jeśli to byłaby prawda, popierałbym partię „Haarec”. Problem w tym, że ta gazeta stwarza, z pomocą Sarida, potworny Izrael. Metodycznie i uparcie. Nagłówek i jeszcze nagłówek. Kłamstwo i jeszcze kłamstwo. To nie jest poważne dziennikarstwo. To historia dziennikarstwa brukowego i manipulacyjnego.

***

Parę dni temu, podczas przyjęcia, opowiedział mi jeden z obecnych gości o swoich interesach w Izraelu, Francji i Brazylii. Przyjechał do Izraela prawie 20 lat temu, ale inwestował na całym świecie. Jakoś rozmowa zeszła na „sytuację” Izraela. Jego życie właśnie nie jest złe, również w kontekście izraelskim. Ale ma dosyć tego kraju. Dlaczego? Otworzył listę krzywd robionych przez Izrael i podkreślił, że już nie wierzy w ideę syjonistyczną. Byłem zdumiony. Okazało się, że ten człowiek regularnie czyta gazetę „Haarec”. To prawie jedyne jego źródło wiedzy na temat Izraela. Jeśli czytałbym tylko tę gazetę, mówiłem mu, to zapewne doszedłbym do podobnego wniosku.

Ze znajomości z wydawcą „Haarec”, Alufem Benem, wiem że to przyzwoity człowiek. Nie jest antysyjonistą.  Nie robi problemów Izraelowi. Ale teraz, właśnie pod jego redakcją, poziom gazety spada nieustannie. On na pewno nie uważa, że Izrael jest potworem, ale potwora tworzy jego „ krytyczna gazeta”. Odpowiedzialność jest również jego.

Dopisek: przed paroma dniami „pro-palestyńscy” hakerzy zaatakowali wiele stron internetowych w Izraelu, włącznie ze stroną gazety „Haarec”. Dlaczego zaatakowali? Przecież z ich punktu widzenia to gazeta wierna ich drodze. I proszę, nie minęły dwa dni i hakerzy ogłosili przeprosiny, w których zaznaczyli, że "nie wiedzieliśmy, że  „Haarec" to dobra gazeta". I jeśli ta gazeta jest „dobra” dla ludzi nienawidzących Izraela, to „Haarec” jest poważnym problemem.

 

Tekst ukazał się na blogu Bena-Drora Jeminiego na portalu gazety „Maariw" dnia 27 stycznia 2012 roku.

 

Ben-Dror Jemini jest izraelskim dziennikarzem i publicystą. Od czasu wybuchu drugiej intifady bardzo często pisze o tym, co rozumie przez podżeganie świata przeciwko Izraelowi, zarówno przez Arabów palestyńskich jak i części działaczy izraelskiej lewicy i nazywa zjawisko „przemysłem kłamstw".

Jemini określa antysyjonizm  jako „antysemityzm w przebraniu" i  „antysemityzm poprawny politycznie".

Dziennikarz jest zaangażowany w dialog między różnymi obozami politycznymi i środowiskami w Izraelu, jego marzeniem jest zgoda narodowa i przetrwanie Izraela jako państwa żydowskiego i demokratycznego.

 

 

 

Share/Save/Bookmark

Przedyskutuj to na forum. (8 posts)
Yom Shabbat, 27 Iyyar 5772

Naszą witrynę przegląda teraz 274 gości i 5 użytkowników 

 

RSS

 

Jerozolima ירושלים

Przelicznik walut

Kwota:
Z:
Na: